czwartek, 27 listopada 2008

Eh. Droga powrotna z pracy, a w domku brak makaronu. Mały postój w lokalnym sklepiku, czynnym 24/7, a zatem w godzinach wieczornych mającym klientelę głodną tylko jednego rodzaju chleba. Wobec czego nocny dyżur pełni w nim właściciel płci męskiej.

Wchodzę. Mówię dobry wieczór, przeciskając się między spragnionymi, acz niezdecydowanymi jeszcze klientami.
- Trzy krajanki do rosołu poproszę.
- Coś jeszcze?
Zerkam ciekawie do chłodziareczki. - Mielonki królewskiej to nie ma?
- Nie.
- A będzie może jutro?
- Nie.
Czekam sekundę lub dwie, że może doda kiedy będzie, coraz bardziej skonsternowana, bo może jednak tej mielonki już nigdy nie będzie, a on mi nie chce przekazać tak strasznej informacji. W końcu dodaję dwa do dwu, i na końcu języka mam, że skoro mu nie zależy na tym, żebym jak już mielonka będzie, zajrzała do jego sklepiku, to żeby się pocałował, ale grzecznie pytam - A to kiedy będzie?
- W sobotę. - Jest środa.

Biorę makaron i mówię - Dziękuje, do widzenia.
- Yhy.

Wychodzę.

***

Rozmyślania za kierownicą przy marznącym deszczu (w drodze do domku) kończą się wnioskiem, że jeśli ktoś myśli, że opanuje tonę żelastwa na śliskiej drodze, to współczuję. Nieuleczalnego braku wyobraźni.

Doszłam też do wniosku, że zasada ograniczonego zaufania na drodze jest idiotyczna. Znacznie rozsądniejszy jest całkowity brak zaufania do wszystkich innych użytkowników drogi, jak i do siebie samego. Na ograniczonym zaufaniu to ja się już kiedyś raz czy dwa przejechałam.

***

Hi! - powiedział Tygrysek do Kłapouszka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz