niedziela, 14 grudnia 2008

Czuję się jak pies niejakiego Pawłowa. Zindoktrynowana przez media na temat tego jacy to ludzie pochodzący z krajów arabskich są be, mam reakcję niekontrolowaną i odruchową, wyrażającą się odczuciem nieustającego niepokoju, na obecność nowego uczestnika kursu, który niezaprzeczalnie jest pochodzenia arabskiego.

Rozumowo rzecz biorąc, nie mam żadnych ale to żadnych powodów do niepokoju. Żadnych tam "silence, I keel you" albo innych, ale nie mogę się przemóc. Wiem, że mi minie, bo człowiek nie do takich rzeczy się przyzwyczaja i przestaje na nie reagować, ale na razie odczuwam lekki wstyd, że głupie odruchy biorą we mnie górę nad rozsądkiem.

Krrrrwa mać, jakby powiedział feldmarszałek Duda.

Z rzeczy bardziej lekkostrawnych, rodziciel postanowił zrobić pasztet na święta. Obserwowałam ilość mięcha, które kupował z rosnącym przerażeniem, bo rodzina nie za wielka, a pasztetem, który by z tego mięcha wyszedł można by było wszystkich sąsiadów obdzielić. I wyszło tyle, że można ich spokojnie obdzielić i jeszcze zostanie. Jeszcze nie próbowałam, ale zapach pobudził moje ślinianki. Jak już pies Pawłowa, to pies Pawłowa.

Z osiągnięć kulinarnych, tym razem moich, zrobiłam pizzę. Dobra wyszła, ale nie powinnam była pozwolić drożdżom tak bardzo urosnąć. Poprzednim razem je zabiłam i pizza nie urosła, tym razem urosła jakby trochę za bardzo. Dobrą rękę to ja mam jednak do innych grzybów.

piątek, 28 listopada 2008

'Gobsmacked' to takie ładne słowo w języku angielskim, które niestety nie ma chyba krótkiego odpowiednika w języku polskim, a że często odczuwam aż tak potężne zaskoczenie, to lubię go sobie używać.

Obiecałam kursantce, że nagram jej dwie płytki z różnistymi różnistościami. Płytki dostałam we wtorek, do czwartku nie miałam czasu do wypalenia usiąść. Zatem w czwartek przepraszam ją tymi słowy - Niestety nie mam dla Pani na dziś jeszcze tych płytek, ale -
- ale na wtorek mi Pani przyniesie - kursantka wpadła mi w słowo. Tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Co miałam odpowiedzieć na to? Ano potulne - Tak, oczywiście!

Gobsmacked.

czwartek, 27 listopada 2008

Eh. Droga powrotna z pracy, a w domku brak makaronu. Mały postój w lokalnym sklepiku, czynnym 24/7, a zatem w godzinach wieczornych mającym klientelę głodną tylko jednego rodzaju chleba. Wobec czego nocny dyżur pełni w nim właściciel płci męskiej.

Wchodzę. Mówię dobry wieczór, przeciskając się między spragnionymi, acz niezdecydowanymi jeszcze klientami.
- Trzy krajanki do rosołu poproszę.
- Coś jeszcze?
Zerkam ciekawie do chłodziareczki. - Mielonki królewskiej to nie ma?
- Nie.
- A będzie może jutro?
- Nie.
Czekam sekundę lub dwie, że może doda kiedy będzie, coraz bardziej skonsternowana, bo może jednak tej mielonki już nigdy nie będzie, a on mi nie chce przekazać tak strasznej informacji. W końcu dodaję dwa do dwu, i na końcu języka mam, że skoro mu nie zależy na tym, żebym jak już mielonka będzie, zajrzała do jego sklepiku, to żeby się pocałował, ale grzecznie pytam - A to kiedy będzie?
- W sobotę. - Jest środa.

Biorę makaron i mówię - Dziękuje, do widzenia.
- Yhy.

Wychodzę.

***

Rozmyślania za kierownicą przy marznącym deszczu (w drodze do domku) kończą się wnioskiem, że jeśli ktoś myśli, że opanuje tonę żelastwa na śliskiej drodze, to współczuję. Nieuleczalnego braku wyobraźni.

Doszłam też do wniosku, że zasada ograniczonego zaufania na drodze jest idiotyczna. Znacznie rozsądniejszy jest całkowity brak zaufania do wszystkich innych użytkowników drogi, jak i do siebie samego. Na ograniczonym zaufaniu to ja się już kiedyś raz czy dwa przejechałam.

***

Hi! - powiedział Tygrysek do Kłapouszka.