Czuję się jak pies niejakiego Pawłowa. Zindoktrynowana przez media na temat tego jacy to ludzie pochodzący z krajów arabskich są be, mam reakcję niekontrolowaną i odruchową, wyrażającą się odczuciem nieustającego niepokoju, na obecność nowego uczestnika kursu, który niezaprzeczalnie jest pochodzenia arabskiego.
Rozumowo rzecz biorąc, nie mam żadnych ale to żadnych powodów do niepokoju. Żadnych tam "silence, I keel you" albo innych, ale nie mogę się przemóc. Wiem, że mi minie, bo człowiek nie do takich rzeczy się przyzwyczaja i przestaje na nie reagować, ale na razie odczuwam lekki wstyd, że głupie odruchy biorą we mnie górę nad rozsądkiem.
Krrrrwa mać, jakby powiedział feldmarszałek Duda.
Z rzeczy bardziej lekkostrawnych, rodziciel postanowił zrobić pasztet na święta. Obserwowałam ilość mięcha, które kupował z rosnącym przerażeniem, bo rodzina nie za wielka, a pasztetem, który by z tego mięcha wyszedł można by było wszystkich sąsiadów obdzielić. I wyszło tyle, że można ich spokojnie obdzielić i jeszcze zostanie. Jeszcze nie próbowałam, ale zapach pobudził moje ślinianki. Jak już pies Pawłowa, to pies Pawłowa.
Z osiągnięć kulinarnych, tym razem moich, zrobiłam pizzę. Dobra wyszła, ale nie powinnam była pozwolić drożdżom tak bardzo urosnąć. Poprzednim razem je zabiłam i pizza nie urosła, tym razem urosła jakby trochę za bardzo. Dobrą rękę to ja mam jednak do innych grzybów.
niedziela, 14 grudnia 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)